Blog o wszystkim

Wpisy

  • czwartek, 07 sierpnia 2014
    • O pytaniach, raz jeszcze

      Wierzysz w to, że człowiek rodzi się jako „pusta kartka”? Wierzysz w ideę tabula rasa? Że każde doświadczenie, każde słowo nas stwarza, dodaje jakiś pierwiastek do naszej „całości”?

      Ja wierzę. Głęboko wierzę w to, że rodząc się, ludzie nie są niczym skażeni. Że żyjąc zapisujemy tą „kartkę”, mamy możliwość tworzenia swojego życia. Jednocześnie nie mając wpływu na, nazwijmy to, czynniki zewnętrzne. Nie wybieramy, czy rodzimy się rodzinie szlacheckiej, inteligenckiej czy rodzinie biedaków. Nie wybieramy, czy wychowamy się w kulturze chrześcijańskiej czy wśród ateistów. Nie wybieramy, czy nasz ojciec będzie pijakiem czy poważanym lekarzem. Jednak wciąż mamy możliwości, nawet obowiązek, budowania własnej historii. Ostatnio gdzieś w Sieci przeczytałam, że to prawda, że każdy z nas jest kowalem własnego losu. Jednak nie mamy wyboru, co do materiału, w którym rzeźbimy. Jedni dostali od losu szansę i rzeźbią w gipsie, inni dostali trochę złota, a jeszcze inni rzeźbią, za przeproszeniem, w gównie.

      Wracając do tych, tytułowych, pytań. W ostatnim wpisie pisałam o pytaniach dotyczących teraźniejszości i przyszłości, z naciskiem na przyszłości. Dzisiaj chcę napisać o jeszcze jednej grupie pytań. Pytań odnoszących się do tego, co było. Jak często zastanawiasz się, jakie wpływ na Twoje życie miało dzieciństwo? Co miało wpływ na to, że dzisiaj jesteś tym, kim jesteś?

      Ostatnio coraz częściej to analizuję, staram się przynajmniej. Wnioski z tego płyną różne, jedne optymistyczne, inne pesymistyczne. Dawno tego nie robiłam, ale już teraz widzę, jak moja ocena wydarzeń się zmienia. Kiedyś wydawało mi się, że to, co się dzieje, będzie miało wielki wpływ na moje życie. Dzisiaj wydaje mi się, że ten wpływ był znikomy.

      Jak myślisz, co dzisiaj ma największy wpływ na to, co będzie się działo za rok w Twoim życiu? Co jest tą determinantą?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 sierpnia 2014 07:18
  • niedziela, 18 maja 2014
    • A mi to lotto

      Przeczytałam ostatnio jak zachowują się milionerzy nie z wyboru, którzy wygrali w totka ogromne sumy. Okazuje się, że nieprzyzwyczajeni do takich sum szybko tracą kasę wydając na dobry samochód, imprezy oraz pożyczki. Bo tak - okazuje się, że głównym problemem jest długa kolejka "przyjaciół" za potrzebą. Potem prawie nikt nie oddaje kasy. Chyba, że Ci, których najmniej znałeś.

       

      Taki paradoks, a ja ostatnio gram bo chcę oszukać przeznaczenie, ale spoko mam świadomość, że tu gra tylko los i szczęście - obczajcie tę stronę.

       

      Do zobaczenia na wyspie ze złota i banknotów :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 maja 2014 12:42
    • Ważne pytania

      W pierwszym wpisie na tym blogu napisałam, że dopiero uczę się zadawać ważne pytanie. Tak, mam lat trzydzieści parę i powoli, bardzo powoli, stawiam sobie te ważne pytanie. Te z serii egzystencjalnych, określających cele i sens życia w ogóle. O ile jeszcze jestem w stanie wypisać kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt, takich pytań, to mam spory problem z odpowiedziami.

      Podobno wystarczy dobrze sformułować pytanie. Podobno nie ma głupich odpowiedzi, są tylko głupio postawione pytania. Jakbym nie kombinowała z formą pytań, jakbym nie szukała pomocy u kilku bratnich dusz, tak każda odpowiedź wydaje mi się być głupia, niepełna, niewystarczająca. Na szczęście większość odpowiedzi jest moich, jeśli wiesz, co mam na myśli.

      Co z tego, że zapytam samej siebie o to, czy jestem szczęśliwa, jeżeli nie potrafię zdefiniować samego szczęścia.

      Co z tego, że zapytam samej siebie o to, czy obecne relacje międzyludzkie mnie satysfakcjonują , są dobrej jakości, jeżeli dopiero uczę się rozpoznawać, które relacje rzeczywiście są miedzy-, a które są tylko jednostronne.

      Co z tego, że zapytam samej siebie o to, gdzie chciałaby mieszkać, jeżeli od dawna nie zeszłam z trasy dom, praca, sklep, biuro itp.

      Co z tego, że zapytam samej siebie o to, czy…

      Wiele jest tych pytania, wiele jest wariantów odpowiedzi. Już widzę, jak wiele czasu mi znajdzie znalezienie tych odpowiednich, pasujących do mojej obecnej sytuacji, do tego, jak żyję, do tego, o czym skrycie marzę, do tego, kim jestem tak naprawdę.

      Ktoś kiedyś powiedział coś, co od czasu do czasu kołacze w mojej głowie. Ostatnimi czasu kołacze coraz więcej, coraz huczniej i coraz częściej.

      Czas robi swoje. A Ty, człowieku? 

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      niedziela, 18 maja 2014 12:34
  • niedziela, 16 lutego 2014
    • Zjawiska paranormalne?

      Cześć, dawno nie pisałam, opiszę dziś co sądzę o tzw. zjawiska paranormalnych, o których czytałam na tej stronie.

       

      Strona traktuje np. o świadomym śnie. Jest to rodzaj snu, który polega na tym, że jesteśmy świadomi tego snu, możemy robić rzeczy, których w realnym świecie się nie da wykonać. Miałam takie sny.. niesamowite przeżycie. Na stronie znajdziesz techniki wywoływania takich snów.

      Fajne są artykuły, w których publikowane są niezwykłe doświadczenia różnych ludzi, mrozi krew w żyłach czasami. Co sądzę o zjawiskach takich? Myślę, że dużo jest prawdziwych, a człowiek jeszcze długo nie odkryje różnych praw rządzących światem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 lutego 2014 23:49
  • wtorek, 21 stycznia 2014
    • Nieodwaga

      Lubię czasem patrzeć na małe dzieci, obserwować ich
      odwagę. Hm… tak właściwie to brak strachu. Odwagą bym tego jednak nie nazwała,
      w końcu odważny ten, kto idzie naprzód pomimo strachu. Te dzieci, faktycznie,
      idą naprzód, czasami nawet biegną, ale nie mają zielonego pojęcia o ryzyku, o
      niebezpieczeństwach na nie czyhających podczas niektórych zabaw, o możliwości
      porażki… Nie wiedzą o tym i to właśnie sprawia, że tak szybko się rozwijają. W
      ich życiu pojawiają się zmiany – te niezauważalne, te nieco większe, te mające znamiona
      rewolucji, te, po których nic już nie będzie takie jak przedtem.

      Patrzę na swoje życie i zastanawiam się, kiedy ostatni
      raz coś się w nim zmieniło. Wiesz, taka duża zmiana niosąca w osobie sporą
      dawkę pozytywnej energii. Nie pamiętam. Jeżeli nie pamiętam, to znaczy, że to
      było dawno…

      Jestem niewolnikiem strachu. Boję się zmian, boję się, że
      zmieni się na gorsze. Tak, czasami jestem pesymistką. Boję się, że moje życie
      zostanie wywrócone do góry nogami. Boję się, że moja bezpieczna przystań
      przestanie istnieć. I nieważne, że może się zmienić się lepsze. Nieważne, że
      moje życie może wywrócić się na lewą stronę, tą lepszą stronę. Nieważne, że
      kolejna przystań może być jeszcze piękniejsza i obfitująca w cudowne emocje,
      doznania i wspomnienia.

      Jestem niewolnikiem strachu. Jestem niewolnikiem
      niedowagi. Bo nieodwaga lepiej brzmi,
      jak śpiewa jeden z najlepszych polskich wykonawców – Artur Rojek. Podobno
      pierwszym etapem wyzdrowienia jest uświadomienie sobie, co człowiekowi, tak
      naprawdę, dolega. Podobno jest jeszcze dla mnie szansa…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 stycznia 2014 19:55
  • czwartek, 05 grudnia 2013
    • Jezus Maria!

      Ostatni wpis był długi, być może nawet zbyt długi. Jeśli
      dotarliście do końca, będę wdzięczna, jeśli podzielicie się swoimi odczuciami w
      komentarzach. Wiem, że napisałam trochę na około. Że można to były ująć w
      dwóch, trzech zdaniach. Pisałam ten tekst pod wpływem emocji. Emocji, które
      buzowały we mnie po jednej, 10-minutowej dosłownie (dłużej już nie
      wytrzymałam), rozmowie. Musiałam dać im gdzieś upust. Cóż, siłownia była już
      zamknięta. Bieganie o północy po dzielnicy też jakoś nie wyglądało zbytnio
      zachęcająco, ale do od czego jest blog, prawda?

      Dopiero dzisiaj zapoznałam się bliższej z najnowszą płytą
      Marii Peszek. Chyba najnowszą, przyznam, że nie śledziłam jej kariery muzycznej
      z wypiekami na twarzy. Aż do dzisiaj. Aż do momentu, w który usłyszałam tekst
      piosenki „Nie wiem czy chcę” z płyty o, kontrowersyjnym bądź co bądź, tytule
      „Jezus Ma ria Peszek”. To dobry soundtrack do ostatniego wpisu…

      Nie
      urodzę syna

      nie posadzę drzewa

      nie zbuduję domu

      nie

      nie wiem jak ci to powiedzieć

      więc ci to zaśpiewam

      nie urodzę syna

      nie posadzę drzewa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Jezus Maria!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 grudnia 2013 11:59
  • środa, 13 listopada 2013
    • O dzieciach i niepopularnych decyzjach

      Powiem wprost – nie mam ani dzieci, ani obrączki na
      palcu. Mam 35 lat, wedle wszystkich znaków na niebie i na ziemi, jestem starą,
      zgorzkniałą panną – bez perspektywy, bez szans zmiany na lepsze. Przynajmniej
      tak o mnie myśli wiele osób. Co gorsza, spora grupa osób ma czelność mówić mi
      to prosto w twarz. Był taki okres w moim życiu, w którym te słowa cholernie
      mnie bolały. Wracałam do domu i płakałam w poduszkę, całą noc. Dzisiaj mam do
      tego większy dystans. Może dorosłam do tego, by zrozumieć, że każdy z nas ma
      prawo iść własną drogą. Dokonywać własnych wyborów, podejmować takie a nie inne
      decyzje. Pod warunkiem, rzecz jasna, że nie krzywdzi swoim działaniem innych,
      ale to jest chyba oczywiste. Dzisiaj nie bolą mnie już takie słowa, dzisiaj boli
      mnie to, że ludzie dalej nie dorośli, nie zrozumieli, że mam prawo iść swoją
      ścieżką. Ba, mam nawet obowiązek tworzyć swoje życie. Nie mam za to obowiązku
      żyć wedle z góry ustalonych reguł, a już na pewno nie tych w stylu – studia
      -> ślub -> wielkie wesele -> gromadka dzieci -> praca -> wnuki
      -> emerytura.

      W swoim
      życiu podjęłam wiele niepopularnych decyzji. Zaczynając od wyboru samochodu,
      kończąc na „niemaniu” dzieci. Nigdy nie chciałam wyrządzić komuś krzywdy – ani
      moim rodzicom, ani moim przyjaciołom i ani sąsiadce z 4. piętra. Znajomi nawet
      się śmieją, że mam zbyt duże opory przed zabiciem osy, która wleci do mojego
      mieszkania. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Ludzie znają moje imię i kilka
      faktów, chociaż nie zawsze aktualnych, o moim życiu. Że nie mam męża. Że
      pracowałam z wielkiej korporacji. Że nie mam dzieci i że do dzieci mnie jakoś
      szczególnie nie ciągnie. Potem łączą to wszystko w całość, wydaje mi się, że
      spójną całość. Wychodzi im, że jestem samolubną, zapatrzoną w siebie
      karierowiczką o zimny sercu i jeszcze bardziej lodowatym spojrzeniu. Tylko na
      ile ten obraz jest spójny z rzeczywistością? Wiem, że do końca życia będę
      ponosić konsekwencje niepopularnych decyzji. Jestem świadoma tego faktu,
      chociaż, przyznam szczerze, nie wiedziałam, w co się pakuję. Jednak dzisiaj nie
      zamierzam się z tego wycofać. Nie zejdę ze swojej drogi tylko dlatego, że komuś
      się jej kształt nie podoba.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      środa, 13 listopada 2013 13:08
  • wtorek, 05 listopada 2013
    • Zwolnij

      W przededniu swoich osiemnastych urodzin pierwszy raz
      wsiadłam za kierownicę. Ekscytacja i ciekawość mieszały się ze strachem i
      lękiem. Smak tej mieszanki do tej pory pamiętam, wspominając ten moment z
      uśmiechem na twarzy. Już wtedy poczułam, że to będzie wspaniała przygoda.
      Zgasiwszy silnik, chciałam więcej i więcej. Z czasem „więcej i więcej”
      zamieniło się w „szybciej i szybciej”. Przez tych kilkanaście lat, które
      upłynęły od tego magicznego dnia, siedziałam za kierownicą wielu samochód –
      zaczynając od poczciwego fiata 126p, zwanego przez wielu maluchem, skończywszy
      na BMW 520d, którym jeżdżę na codziennie. Po drodze były i typowe miejskie
      autka, i wielkie vany, i terenówki, i moje wielkie motoryzacyjne marzenie –
      Porsche 911. Tym ostatnim przejechałam raptem 100 km, jednak marzę o tym, by
      mieć taki samochód przed domem. Jednak nie o tym, miał być ten wpis. Wybacz tę
      motoryzacyjną dygresję.

      Wracając do sedna, z roku na roku chciałem jeździć coraz
      szybciej, nadawać coraz wyższe tempo swojemu życiu. To, co inni robią w
      miesiąc, jak chciałam zrobić w 3 dni. To, co innym zajmuję kilka lat, ja
      chciałam osiągnąć w rok. I udawało mi się to, przynajmniej chcę wierzyć w to,
      że mi się udało. Jakieś trzy, cztery lata  temu poczułam się strasznie zmęczona. Zmęczona
      życiem. Za radą któregoś już z kolei lekarza, próbowałam nieco zwolnić temu.
      Jeść śniadania, wstawać wcześniej, mniej się stresować, oddelegować część
      obowiązków – i tym podobne. Próbowałam, ale jeszcze szybciej niż zaczęłam to
      robić, przyszło rozczarowanie, zwątpienie. Moment, w którym straciłam wiarę w
      to, że to, co robię, ma jakiś sens. Krótko lub długofalowy. Jeśli już udało mi
      się zasnąć, rano budziłam się z przekonaniem, że to nic w życiu mi się nie
      udało. Jeśli nie udawało mi się zmrużyć oka, przez całą noc zastanawiałam się
      nad tym, co zrobiłam źle. Przecież robiłam, co mogłam, żeby realizować swoje
      cele. Moje? A może rodziców? Może narzucone przez społeczeństwo? Może one wcale
      nie było moje, skoro kiedy je osiągnęłam, radość z tego zwycięstwa trwała rapem
      kilka godzin? Powoli docierało do mnie, że jeśli nic nie zrobię, wyląduje u
      psychiatry i zacznę spożywać te niebieskie tabletki jak cukierki. Wzięłam
      urlop, pojechałam na Mazury – siedziałam i nic nie robiłam. Jakiś tydzień po
      moim przyjeździe zdarzyło się coś, co było jedną z lepszych rzeczy, jakie mnie
      w życiu spotkały. Nigdy tego nie zapomnę…

      Nie
      biegnij za szybko przez życie, bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam wtedy,
      kiedy najmniej się ich spodziewamy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 listopada 2013 17:24
  • wtorek, 22 października 2013
    • Znowu zbieram kasztany

      To był wyjątkowy udany weekend. Taka polska, złota
      jesień, kiedy to promyki słońca delikatnie muskają nasze twarze, wywołując
      niczym nieskrępowany uśmiech. Wiesz, brakowało mi tego. Ostatnie miesiące to
      okres wytężonej pracy. Praca -> sen -> praca -> praca -> sen. Nie
      wiem, kiedy minęło lato. Nie mogę sobie przypomnieć smaku lodów, a już tym
      bardziej szumu morskich fal. Cóż, muszę sięgnąć pamięcią nieco dalej wstecz –
      trzy, a może cztery lata temu ostatni raz byłam na urlopie – takim prawdziwym
      urlopie – bez telefonu, laptopa i szefa wydzwaniającego co najmniej raz na trzy
      godziny.

      Dlatego tak bardzo się cieszę z tych ostatnich trzech dni
      – esencja slow life, że tak powiem. Dla kogoś, kto na co dzień biegnie, nawet
      nie zastanawiając się specjalne nad tym, dokąd biegnie, to jest coś nowego.
      Nowego, ciekawego – godnego powtórzenia – chociażby dlatego, żeby sprawdzić,
      czy taki styl życia może mi na dłuższą metę odpowiadać. Mam 35 lat i dopiero
      teraz zaczynam zastanawiać się nad swoim życie, zadawać ważne pytania i
      rozglądać się dookoła, na nowa zachwycając się życiem, swoim miastem, rodziną i
      przyjaciółmi. Chyba się starzeję…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 października 2013 10:37