Blog o wszystkim

Wpisy

  • środa, 13 listopada 2013
    • O dzieciach i niepopularnych decyzjach

      Powiem wprost – nie mam ani dzieci, ani obrączki na
      palcu. Mam 35 lat, wedle wszystkich znaków na niebie i na ziemi, jestem starą,
      zgorzkniałą panną – bez perspektywy, bez szans zmiany na lepsze. Przynajmniej
      tak o mnie myśli wiele osób. Co gorsza, spora grupa osób ma czelność mówić mi
      to prosto w twarz. Był taki okres w moim życiu, w którym te słowa cholernie
      mnie bolały. Wracałam do domu i płakałam w poduszkę, całą noc. Dzisiaj mam do
      tego większy dystans. Może dorosłam do tego, by zrozumieć, że każdy z nas ma
      prawo iść własną drogą. Dokonywać własnych wyborów, podejmować takie a nie inne
      decyzje. Pod warunkiem, rzecz jasna, że nie krzywdzi swoim działaniem innych,
      ale to jest chyba oczywiste. Dzisiaj nie bolą mnie już takie słowa, dzisiaj boli
      mnie to, że ludzie dalej nie dorośli, nie zrozumieli, że mam prawo iść swoją
      ścieżką. Ba, mam nawet obowiązek tworzyć swoje życie. Nie mam za to obowiązku
      żyć wedle z góry ustalonych reguł, a już na pewno nie tych w stylu – studia
      -> ślub -> wielkie wesele -> gromadka dzieci -> praca -> wnuki
      -> emerytura.

      W swoim
      życiu podjęłam wiele niepopularnych decyzji. Zaczynając od wyboru samochodu,
      kończąc na „niemaniu” dzieci. Nigdy nie chciałam wyrządzić komuś krzywdy – ani
      moim rodzicom, ani moim przyjaciołom i ani sąsiadce z 4. piętra. Znajomi nawet
      się śmieją, że mam zbyt duże opory przed zabiciem osy, która wleci do mojego
      mieszkania. Ale to wszystko nie ma znaczenia. Ludzie znają moje imię i kilka
      faktów, chociaż nie zawsze aktualnych, o moim życiu. Że nie mam męża. Że
      pracowałam z wielkiej korporacji. Że nie mam dzieci i że do dzieci mnie jakoś
      szczególnie nie ciągnie. Potem łączą to wszystko w całość, wydaje mi się, że
      spójną całość. Wychodzi im, że jestem samolubną, zapatrzoną w siebie
      karierowiczką o zimny sercu i jeszcze bardziej lodowatym spojrzeniu. Tylko na
      ile ten obraz jest spójny z rzeczywistością? Wiem, że do końca życia będę
      ponosić konsekwencje niepopularnych decyzji. Jestem świadoma tego faktu,
      chociaż, przyznam szczerze, nie wiedziałam, w co się pakuję. Jednak dzisiaj nie
      zamierzam się z tego wycofać. Nie zejdę ze swojej drogi tylko dlatego, że komuś
      się jej kształt nie podoba.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      środa, 13 listopada 2013 13:08
  • wtorek, 05 listopada 2013
    • Zwolnij

      W przededniu swoich osiemnastych urodzin pierwszy raz
      wsiadłam za kierownicę. Ekscytacja i ciekawość mieszały się ze strachem i
      lękiem. Smak tej mieszanki do tej pory pamiętam, wspominając ten moment z
      uśmiechem na twarzy. Już wtedy poczułam, że to będzie wspaniała przygoda.
      Zgasiwszy silnik, chciałam więcej i więcej. Z czasem „więcej i więcej”
      zamieniło się w „szybciej i szybciej”. Przez tych kilkanaście lat, które
      upłynęły od tego magicznego dnia, siedziałam za kierownicą wielu samochód –
      zaczynając od poczciwego fiata 126p, zwanego przez wielu maluchem, skończywszy
      na BMW 520d, którym jeżdżę na codziennie. Po drodze były i typowe miejskie
      autka, i wielkie vany, i terenówki, i moje wielkie motoryzacyjne marzenie –
      Porsche 911. Tym ostatnim przejechałam raptem 100 km, jednak marzę o tym, by
      mieć taki samochód przed domem. Jednak nie o tym, miał być ten wpis. Wybacz tę
      motoryzacyjną dygresję.

      Wracając do sedna, z roku na roku chciałem jeździć coraz
      szybciej, nadawać coraz wyższe tempo swojemu życiu. To, co inni robią w
      miesiąc, jak chciałam zrobić w 3 dni. To, co innym zajmuję kilka lat, ja
      chciałam osiągnąć w rok. I udawało mi się to, przynajmniej chcę wierzyć w to,
      że mi się udało. Jakieś trzy, cztery lata  temu poczułam się strasznie zmęczona. Zmęczona
      życiem. Za radą któregoś już z kolei lekarza, próbowałam nieco zwolnić temu.
      Jeść śniadania, wstawać wcześniej, mniej się stresować, oddelegować część
      obowiązków – i tym podobne. Próbowałam, ale jeszcze szybciej niż zaczęłam to
      robić, przyszło rozczarowanie, zwątpienie. Moment, w którym straciłam wiarę w
      to, że to, co robię, ma jakiś sens. Krótko lub długofalowy. Jeśli już udało mi
      się zasnąć, rano budziłam się z przekonaniem, że to nic w życiu mi się nie
      udało. Jeśli nie udawało mi się zmrużyć oka, przez całą noc zastanawiałam się
      nad tym, co zrobiłam źle. Przecież robiłam, co mogłam, żeby realizować swoje
      cele. Moje? A może rodziców? Może narzucone przez społeczeństwo? Może one wcale
      nie było moje, skoro kiedy je osiągnęłam, radość z tego zwycięstwa trwała rapem
      kilka godzin? Powoli docierało do mnie, że jeśli nic nie zrobię, wyląduje u
      psychiatry i zacznę spożywać te niebieskie tabletki jak cukierki. Wzięłam
      urlop, pojechałam na Mazury – siedziałam i nic nie robiłam. Jakiś tydzień po
      moim przyjeździe zdarzyło się coś, co było jedną z lepszych rzeczy, jakie mnie
      w życiu spotkały. Nigdy tego nie zapomnę…

      Nie
      biegnij za szybko przez życie, bo najlepsze rzeczy zdarzają się nam wtedy,
      kiedy najmniej się ich spodziewamy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ravaume
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 listopada 2013 17:24

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa